Na longu już w Hong Kongu!

Adam Szostek i Jacek Brychczyński, dwóch longboardzistów z trójmiasta, w kwietniu wyruszyli w trasę, którą sami nazwali "na longu do Hong Kongu".

Wszystko zaczeło się 20 kwietnia od podróży stopem.
Jeszcze w Polsce (okolice Cieszyna) rozbili swój pierwszy camp, na którym odrazu dała im się we znaki nasza piękna wiosenna pogoda. W nocy dopadła ich burza, która przetestowała ich możliwości sprzętowe i wytrzymałość biwakową. Kolejne noce spędzili na Węgrzech bująjąc się na flatach w centrum miasta i zjeżdzając ze wzgórza, na którym podziwiali panoramę stolicy Węgier.

Następnym punktem na ich drodze była Turcja.
Spędzili tam parę dni na piciu kawy po turecku, jedzeniu kebabów i bujaniu się po placach, parkach, chodnikach i ulicach eksplorując okolice Istambułu. Jacek skończył właśnie tam swoje 26 urodziny więc nie obyło się też bez poznania trochę bardziej imprezowego ducha miasta. Autostopowanie tak przypadło im do gustu, że postanowili udać się na kilkudniową wycieczkę do Kapadocji właśnie tym środkiem transportu. Mieli tam okazję podziwiać formy ukształtowania terenu niespotykane u nas - głównie kamienie i stożkowate skały. Na zwiedzanie udali się oczywiście na longach, ale też na rowerach. Po powrocie do Istambułu, pierwszy raz skorzystali z opcji couchsurfingu, kosztowali kulinarnych przysmaków jak i wcielili się w rolę sprzedawców dywanów na Wielkim Bazarze.

Kolejnym etapem podróży był Nepal, do którego chłopacy i deski poleciały samolotem. Jest to już dużo bardziej "dziki" kraj niż Turcja, dlatego mieli oni okazje pokazać miejscowym co to jest longboard i dać się przejechać. Skosztowali również lokalne piwa, podziwiali górski plener, starożytne miasta z niezliczoną ilością świątyń, wąskimi uliczkami i klimatem jak sprzed kilku wieków. W międzyczasie, w Polsce, trwał piłkoszał związany z Euro 2012. Fani Croppa poprzez aplikacje na facebooku wybrali, żeby Adam i Jacek nauczyli tubylców polskiego hymnu EURO - koko koko Euro spoko - co też wykonali, nagrali i wrzucili na youtube (http://www.youtube.com/watch?v=su9AJO-IRGU&feature=player_embedded). Niemałym zaskoczeniem było dla nich również to, gdy zauważyli mały, prywatny skatepark na podwórku jednego z domów. Jeden zajawkowicz z własnych środków próbuje rozwinąć scenę skateboardową, w kraju w którym prawie nikt nie ma pojęcia co to tak naprawdę jest. Napewno ciekawym przeżyciem był też dla nich rafting, którego spróbowali po raz pierwszy w życiu, na rzece oddalonej o 20 km od Tybetu. Była to rzeka oceniana na 4-5 (w skali trudności do 6), więc całkiem nieźle jak na debiut, ale chłopaki z trójmiasta niczego się nie boją. Górskie krajobrazy Himalajów czy też wyprawy w głąb dżunglii też nie były im obce.

Nie bez trudu (po 2 dniach) dostali się do stolicy Indii.
W międzyczasie dołaczyła do nich Agata przywożąc prezenty z rosyjskiej strefy wolnocłowej. Pozwiedziali trochę Delhi, pojeździli na longach po tym 12 milionowym mieście, ale żeby jak najszybciej odpocząć od wszeobecnego zgiełku, udali się do Dharamsala. Było tam nieco chłodniej (około 30 stopni), dlatego o wiele łatwiej się odpoczywało. Niestety z braku sensownej jakości asfaltu nie udało im się za wiele pojeździć. Jacek i Agata postanowili sprawdzić się na hinduskiej scenie imprezowo- towarzyskiej, zaś Adam eksplorował pobliskie góry. Duże wrażenie zrobiła na nich światynia w Amristar - pokryta prawie toną złota i kamieni szlachetnych. Niemały ślad po wizycie polskiej ekipy zostawiła tam Agata, malując mural na jednej ze ścian tego hinduskiego miasta. Następnie wybrali się na południe, a dokładniej na Arambol Beach w północnym Goa. Nawet monsunowa pora nie przeszkodziła im czerpać radości z tropikalnego otoczenia. Wartym wspomnienia punktem na mapie ich longboardowej podróży jest napewno Mumbaj. Mimo, że miasto jest wielkie (około 16 milionów mieszkańców) nie było aż tak uciążliwe. Fajna architektura, galerie sztuki, kulturalniejsi ludzie no i w końcu sporo tras, po których mogli śmigać na longach. Udało im się również wbić na plan hinduskiego kina akcji, ale reklama, w której wzieli udział nie przyniosła im oczekiwanych pieniędzy ani sławy. Misję Indie zakończyli na rejsach w okolicach Alleppey (ich zdaniem bardzo przesadnie zwaną hinduską Wenecją) w bardzo różnych warunkach, raczej tych mniej komfortowych.

Następnym etapem tripu była Malezja.
Poznali trochę mieszanki kulturowej obecnej w Kuala Lumpur, podziwiali architekturę, mieszkali u Nigeryjskiego studenta i nie mogli się nadziwić porządkowi i ładzie jaki zauważają po wylocie z Indii. Stamtąd udali się do krainy słynącej z herbaty - Wzgórza Camerona, które znajdowały się na ich trasie do Tajlandii. Na wsypach Palau Penang i Palau Langkawi, odpowiednio, jedli przeróżne wynalazki miejscowej kuchni i poddali się błogiemu nicnierobieniu na plażach przy wodzie błekitnej jak szafir. Całośc przyplatali oczywiście bliższymi i dalszymi wycieczkami na longach po okolicy. Raczej bezproblemowo udali się w końcu do Tajlandii, gdzie odwiedzili wyspę Ko Phanian. Mawiają o niej Tajlandzka Ibiza, toteż poddali się oni jej wszystkim urokom - plażowaniu, skakaniu ze skał do wody, ogłądaniu raf koralowych zaliczając przy tym niejedną happy hour w barze. Po Bangkoku spodziewali się dziwnych rzeczy, ale mówią, że to co zobaczyli i tak jeszcze przerosło ich oczekiwania. Cytując: "Nie było tylko małpy sprzedającej dragi, jak w KacVegas 2...". Było za to nieco bujania  się na desce po okolicach Chinatown i Chatuchak Market i podziwianie złoconych rzeźb Buddy w XV wiecznych światyniach. W dawnej Stolicy północnej Tajlandii, Chiang Mai, udało im się nawet zgłębić tajniki Muai Thai.

Z Tajlandii popędzili do Laosu.
Dwa Dni spędzili na podróży łodka, w bardziej i mniej komfortowych warunkach, za to z niezwykłymi widokami dookoła. Pierwszym dłuższym przystankiem był dla nich Luabang Prabang. Zwiedzili okolicę, wybrali się na przejażdzkę rowerem do pobliskiego wodospadu i odwiedzili Whiskey Village, gdzie o 9 rano kosztowali ciepłego bimbru z ryżu. Tracąc na pewien czas Jacka, ale zdobywająć czwórke nowych kompanów podróży (nasi rodacy również błąkający się po Azji) zaczeli zwiedzać Laos na rowerach. Ich głównym celem były jaskinie, których w okolicy jest mnóstwo, ale skorzystali oni także ze spływu na dętkach. W stolicy mieli małe nieprzyjemności z policją, które zaburzyły im jakże miły wieczór. Wynagrodziła im te wszystkie niedogodności podróż do Konglor – jednej z najciekawszych jaskiń w Azji Pd-Wsch. Po zwiedzeniu 4000 wysp, które miały być jedną z największych atrakcji Laosu (a okazały sie klapą) udali sie do Kambodży.

Zobaczyli główny kompleks Angkor i Ta Phrom z wielkimi drzewami porastającymi pozostałości budynków, kompleks Bayon, wielką piramidę z dziesiątkami rzeźbionych twarzy Buddy, pozostałości pałacu królewskiego i dalsze światynie. Niestety z powodu małej ilości asfaltu mało poruszali się longboardami, używając głównie rowerów. Po pobycie w Phnom Penh, stolicy Kambodży, grupa longboardzistów (Agata i Adam) udała się do Wietnamu, by tam spotkać sie z Jackiem. W wietnamie udało się odnaleźć komnpanom podróży, pojeździć chwile na deskach, wszechobecnych skuterach, trochę pozwiedzać i dostać wizy na wjazd do Chin.

Chińska straż graniczna niezwykle miło przywitała naszą ekipę longboardzistów słowami: "You want to ride longboards in China? Youre awesome!”. W Kunmingu, stolicy Yunnanu, spotkali wszystko zrobione z betonu. Betonowe autostrady, osiedla, chodniki, ławki w wybetonowanych parkach były od strony longboardu fajną sprawą, ale z drugiej strony trochę przygnębiały.


27 września, równo po 5 mięsiącach podróży, Agata, Adam i Jacek dotarli do stolicy azjatyckiego biznesu - Hong Kongu.
Nie zawsze było łatwo i po ich myśli, ale udało się! PIONA

Zapraszamy na bloga chłopaków, na którym dokładniej opisali swoją podróż: http://longandroll.blogspot.com

 

Share to FacebookShare to TwitterShare to MySpaceStumble ItShare to RedditShare to Delicious